Spotkaniem ze strażakami ochotniczej straży pożarnej, którzy w ostatnich tygodniach pomagali powodzianom na terenie powiatu bieruńsko-lędzińskiego (Śląskie), premier Donald Tusk zakończył w środę wieczorem kilkugodzinną wizytę w Bieruniu.
Podczas wizyty premier obejrzał m.in. nadal częściowo zalane tereny bieruńskiej dzielnicy Bijasowice, odwiedził zorganizowany przez mieszkańców komitet powodziowy, który zajmuje się rozdawaniem darów, a także spotkał się z mieszkańcami w miejscowej remizie.
Najgorętszym punktem spotkania była kwestia pomocy poszkodowanym przez powódź przedsiębiorcom, którzy pytali premiera, kiedy otrzymają od rządu wsparcie - jak mówili - obiecane przez niego w telewizji "wszystkim powodzianom". Niektórzy z nich zarzucali Tuskowi, że jego deklaracje to "słowa, słowa"; inni sugerowali, by zdefiniować jakoś termin "powodzianin".
Premier zwracał uwagę, że wytłumaczeniem rządowej pomocy socjalnej skierowanej do najbardziej poszkodowanych, którzy utracili m.in. swe domy, jest skala zjawiska. "Ta pomoc (...) nie jest wsparciem przedsiębiorców. (...) Państwo, gdyby zaczęło wspierać każdego przedsiębiorcę, który z tego czy innego tytułu popadł w tarapaty, to... nie wiem" - mówił Tusk.
"Traktujemy przedsiębiorcę jako powodzianina, jeśli woda zalała mu mieszkanie, jeśli stracił środki do życia. (...) Nie będziemy w stanie wypłacać każdemu wszystko, co stracił" - dodał Donald Tusk.